czwartek, 6 września 2012

Kolumbia - San Gil/Barichara 6.09.12

Dziś po porannym śniadaniu, przyniesionym przez mojego męża prosto do pokoju z bazarku, udaliśmy się na rafting:) Pierwszy raz w życiu mieliśmy okazję spróbować tej atrakcji, także odważyliśmy się płynąć troszkę spokojniejszą rzeką Rio Fonce, ale i tak było fajnie i z emocjami:) Początkowo zostaliśmy wywiezieni jakieś 10 km od naszego miejsca zamieszkania, potem razem z młodą kolumbijską parą zostaliśmy troszkę przeszkoleni i ruszyliśmy:) Nasza przeprawa trwała ok 1h 20 min.
Poza emocjami związanymi z prądami i skałkami, z których kilka razy spadliśmy pontonem, podziwialiśmy piękno przyrody. Dookoła nas latały przepiękne, duże, żółte i białe motyle, na skałkach przy brzegu wygrzewały się iguany, a do tego śpiewały i fruwały kolorowe ptaszki:) W międzyczasie mój mąż wykąpał się w rzece, a ja musiałam go z powrotem wciągnąć na pokład. Niezapomniane wrażenia:) Po raftingu szybko się przebraliśmy, gdyż byliśmy cali mokrzy i wyruszyliśmy w kierunku dworca autobusowego. Busik praktycznie na nas czekał i po 45 min byliśmy w Barichara. To piękne, malownicze, małe miasteczko zostało w 1978 roku wpisane na listę narodowych zabytków (faktycznie zasłużenie). Wszystkie uliczki są wyłożone płaskimi, ceglastymi kamieniami, całe miasteczko tworzą malutkie, białe kamieniczki a w samym centrum znajduje się piękna 18 - to wieczna katedra, odcinająca się od reszty zabudowań.
Poza podziwianiem całokształtu miejscowości, udaliśmy się do małego kościółka i sąsiadującego parku z amfiteatrem. Na drodze spotkaliśmy pewną młodą dziewczynę ze Szwajcarii, która ponoć już od 3 tygodni podróżuje (najpierw Kuba, potem Panama, teraz Kolumbia) i ma w planie zwiedzić Amerykę Południową, ale nie wie jeszcze gdzie dokładnie się wybierze i ile czasu na to przeznaczy... Tutaj jest mnóstwo takich turystów... Co robią w życiu i skąd na to biorą pieniądze? Ciekawe... Wracając do Barichary - mieliśmy okazję spróbować tu nowych lokalnych specjałów:) Na obiad zatrzymaliśmy się w malutkiej, ale bardzo przyjemnej knajpce. Po uregulowaniu rachunku Kacper wdał się w rozmowę z właścicielem i okazało się, że ma on u siebie to czego poszukiwaliśmy: chicha de maiz i guarapo. Chicha de maiz jest to napój zrobiony z kukurydzy, która fermentuje w cukrze trzcinowym kilka dni. Ponoć im dłużej tym lepiej, ale dla mnie 3 dniowa jest ok, a ok tygodniowa jest już za mocna.
Guarapo jest to z kolei napój uzyskany z trzciny cukrowej, ale też w procesie fermentacji. Ogólnie różni się znacznie od kubańskiego guarapo, które jest świeżym, zielonkawym sokiem z trzciny cukrowej. Właściciel knajpki poczęstował nas poza trunkami hormigas culonas (jadalnymi mrówkami). Muszę przyznać, że mają ciekawy smak... Ponoć pojawiają się one lokalnie w kwietniu, są łapane, odrywa się im skrzydełka, nogi i szczypce, po czym smaży się na patelni z dodatkiem soli. (Czego to ludzie nie wymyślą:)).
Po tej przemiłej gościnie udaliśmy się w poszukiwaniu rozlewni guarapo i po krótkim czasie ją znaleźliśmy:) Jest to mała bimbrownia - pan polewał nam z beczki wielką łyżką, a potem za 1000 COP kupiliśmy litrową butelkę tego lokalnego specjału:) W końcu busikiem wróciliśmy do San Gil i resztę dnia spędziliśmy tu. Obecnie siedzimy w hotelu i jemy owoc, o którym pisałam wczoraj (guanabana). Oto zdjęcie:
Ponoć jest to owoc dobry na wszystko i zawierający wszystkie niezbędne dla życia pierwiastki i witaminy. Jedząc tylko go można spokojnie żyć i funkcjonować w zdrowiu. Tutaj ma szczególne zastosowanie w zwalczaniu nowotworów i przyspiesza powrót do zdrowia po chemioterapii... Jutro mamy w planie wybrać się nad wodospad Juan Curi i tam spędzić większość dnia, a noc spędzimy w autokarze w drodze do Medelin. A tak a propos - kupiliśmy już bilety. Przygoda z nimi była śmieszna, ponieważ na stronie była inna cena (57000 COP/os), a nam w kasie chcieli sprzedać za 70000 COP/os. W końcu po długich negocjacjach i "krakowskim targiem "udało się kupić bilety za 60000 COP/os, a pan był w ciężkim szoku, że mają błąd na stronie...

środa, 5 września 2012

Kolumbia - San Gil 5.09.12

Kolejny dzień podróży rozpoczęliśmy od przemieszczenia się z Villa de Leyva do Arcabuco, a stąd praktycznie od razu mieliśmy przesiadkę do San Gil. I tak o to po ok 4h podróży dotarliśmy do cieplejszego klimatu:) Ze znalezieniem pokoju nie mieliśmy praktycznie problemu. W drugim odwiedzonym przez nas hotelu zakwaterowaliśmy się. Płacimy za niego najmniej z dotychczasowych (25000 COP za dobę). Ma wi-fi, ale niestety jak się dopiero co okazało, nie ma ciepłej wody (tzn jest letnia):(( No, ale jakoś 2 noce przeżyjemy...Tak w ogóle to podane ceny w przewodniku troszkę odbiegają od obecnej rzeczywistości. Przeciętnie w prawie każdym hotelu jest cena 70000COP i więcej za dobę. Teraz może troszkę więcej o San Gil. Nie jest to może najpiękniejsze miasto w Kolumbii, ale za to ma swoje plusy. Przede wszystkim przepiękny park, przez którego środek płynie rzeka. W parku zachwyca zarówno roślinność jak i ptaki. Nad nami przelatywały i śpiewały kolorowe kanarki i inne nieznane nam wcześniej ptaszki. Po drodze zobaczyliśmy też siedzące nisko na drzewach wielkie, kolorowe papugi - ogólnie bajka. Jest to jeden z ładniejszych, jeśli nie najładniejszy park, jaki w życiu widzieliśmy. Po środku parku znajduje się basen ( woda w nim wymienia się wodospadem z rzeką), w którym jeszcze do niedawna można było się kąpać, ale niestety obecnie jest zamknięty. Spędziliśmy w tym miejscu kilka przyjemnych godzin.
Po za tym dzisiejszy dzień poświęciliśmy na sprawdzeniu ofert biur turystycznych w San Gil, na zwiedzaniu miasteczka i odwiedzenia bazarku. Właściwie to bazarek zaraz po parku był dla nas drugą atrakcją w ciągu dnia. Poza możliwością kupienia na nim przeróżnych owoców, skorzystaliśmy ze sposobności i kupiliśmy przepyszny sok i rewelacyjny deser, a właściwie to ogromną porcję sałatki owocowej, przyrządzanej na naszych oczach za ok 6 zł w przeliczeniu na zł. Pyyyycha:)))
Pewnie po powrocie tych zastrzyków witamin będzie brakować nam najbardziej. Jutro mamy w planie kupić i skonsumować jadalne mrówki, z których to miejsce słynie i zwiedzić Baricharę. Mam nadzieję, że uda nam się zrealizować każdy punkt naszego programu:) A propos lokalnych przysmaków - próbowaliśmy guanabana - wielki owoc, którego zdjęcia wrzucimy, jak zrobimy oraz piliśmy avena - napój chyba na bazie owsianki i cynamonu, słodki, biały, gęsty i bardzo smaczny.

wtorek, 4 września 2012

Kolumbia - Villa de Leyva 4.09.12

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie, bo już od 6:30, ponieważ mieliśmy rozbudowany plan, który i tak nas zaskoczył, ale o tym później. Poranek rozpoczęliśmy od zjedzenia śniadania w kolumbijskiej knajpce. Z nowości piliśmy sok wyciskany z lulo, którego do tej pory nigdzie nie spotkaliśmy. Jest to owoc z rodziny "pomidorowatych" - bardzo ciekawy w smaku, gdyż przypomina różową gumę do żucia dla dzieci:) Po śniadaniu udaliśmy się małym busikiem (1500 COP/os) w kierunku El Fosil.
Jest to muzeum, w którym znajduje się wykopany w 1977 szkielet kronozaura. Zaczęłam od tego momentu wierzyć w istnienie dinozaurów:)Faktycznie robi wrażenie. Podobnież te skamieniałości zostały znalezione właśnie w miejscu, w którym znajdują się obecnie, a że nie chcieli go przenosić, to wybudowali nad nim budynek:) W tym małym muzeum znajdują się także inne skamieliny, jednak zdecydowanie mniejsze. A tak w ogóle to kronozaur był dinozaurem podwodnym, gdyż obecne tereny Villa de Leyva i okolic były całe pod wodą.
Następnym naszym celem było El Infernito, czyli obserwatorium astronomiczne i właśnie tu zaczęły się schody.... Okazuje się, że autor przewodnika "Lonely planet" chyba nie dotarł to zwiedzanych przez nas dzisiaj miejsc, bo podane w przewodniku odległości były zdecydowanie zaniżone... Jednym słowem przeszliśmy piechotą 4 km w jedną stronę zamiast 2km do El Enfernito i na dodatek okazało się, że z niejasnych przyczyn jest zamknięte.... Nietrudno wyobrazić sobie nasze miny po dotarciu do celu... Także wróciliśmy 4 km do El Fosil i udaliśmy się piechotą w kierunku farmy strusi i parku dinozaurów, które miały być oddalone od El Fosil o raptem 1 km, a w rzeczywistości okazało się, że każde z nich było oddalone o 3 km i to w inną stronę, także wybraliśmy się tylko do parku dinozaurów. Jest to bardzo ładny, górzysty teren, z przeróżnymi makietami (ponoć w rzeczywistych rozmiarach) dinozaurów. Zarówno cały wygląd parku jak i efekty dźwiękowe rozbudzają wyobraźnię:)
Droga powrotna (ok 8km)przerażała mnie na samą myśl, bo busiki które miały jeździć i nas odebrać jakoś do tej pory (a ta nasza piesza wyprawa kilka godzin trwała...) się nie pojawiały.... Na szczęście napotkaliśmy na swej drodze przesympatycznego kierowcę ciężarówki, który na nasz widok się zatrzymał i zaproponował podwózkę. Oczywiście mieliśmy pewne obawy, ale zmęczenie wzięło górę - i całe szczęście, bo pan nas podwiózł na sam główny plac w Villa de Leyva i jeszcze polecił świetną knajpkę z dobrym jedzonkiem. Dał jeszcze wskazówkę , żeby zamówić danie dnia, a to się okazała słuszna uwaga, bo w menu (dla turystów) 1 danie kosztowało ok 20000 COP, a to polecone przez niego zawierało zupę, drugie danie i sok ze świeżych truskawek i kosztowało 9000 COP.... Następnie w planach mieliśmy wycieczkę do wodospadów La Perikera. Po drodze do dworca autobusowego kupiliśmy masato - jest to gęsty, biały napój na bazie ryżu z cynamonem (bardzo smaczny). Potem wsiedliśmy w busika i za 3500 COP za osobę dojechaliśmy do wodospadów (tzn trzeba było do nich jeszcze dojść piękną górzystą, ale za to przepiękną drogą...). Spędziliśmy tam troszkę czasu i wróciliśmy busikiem (wcześniej ustaliliśmy z panem o której dokładnie będzie koło nas przejeżdżał...).
Resztę dnia spędziliśmy w miasteczku, spacerując, pijąc lokalne specjały i...... korzystając z usług fryzjerskich (tzn Kacper skorzystał).
Jutro mamy w planie udać się w kierunku San Gil, jadąc przez Arcabuco. Wyjazd jest planowany na 7:00:)

poniedziałek, 3 września 2012

Kolumbia - Villa de Leyva 3.09.12

Już jest ciemno i chłodno, także postanowiliśmy się rozgrzać jakimś ciepłym trunkiem w przyjemnej kawiarence, a przy okazji okazało się, że wybrana przez nas ma dostęp do wi - fi, także czas na opisanie kolejnego dnia naszej wyprawy:) Poranek zaczęliśmy od prawdziwego, kolumbijskiego śniadania. Zamówiliśmy Tamal (6000 COP), ponieważ to znajdowało się na większości tubulczych stolików. Jest to "kokon" w liściach bananowca, którego środek zbudowany jest na bazie mąki kukurydzianej, fasoli, grochu i różnego rodzaju mięsa. Danie bardzo smaczne:)
Do tego zamówiliśmy jak się okazało jajecznicę i oczywiście gorącą czekoladę (czekolada + Tamal = tradycyjne połączenie:P) i sok ze świeżo wyciskanych owoców. Po tymże obfitym śniadaniu postanowiliśmy jeszcze raz podjąć próbę zwiedzenia Iglesia de Santa Clara La Real (to jest ten najstarszy kościół, o którym pisałam w poprzednim poście). Tym razem się udało, także radość ogarnęła mojego męża i po obejrzeniu wnętrza tego 16 - to wiecznego pięknego kościoła, usatysfakcjonowani mogliśmy opuścić Tunja:)Okazało się, że znów nam szczęście dopisało i udało się wsiąść do właśnie odjeżdżającego małego busika (6000 COP/osobę) w kierunku Villa de Leyva. Po około 45 min podróży dotarliśmy do tego pięknie położonego, zamrożonego w czasie miasteczka.
Okazało się, że znalezienie hotelu było troszkę trudniejsze niż ostatnio, gdyż zajęło nam to około 1h. Oczywiście powodem nie był brak miejsc, tylko bardzo wygórowane ceny (od 70000 do 160000 COP za pokój za dobę). Nam udało się w końcu znaleźć pokoik za 35000 COP, położony przy samym głównym placu, ale coś kosztem czegoś - nie mamy dostępu do Wi- fi (jednak jak widać, poradziliśmy sobie z tym problemem:P). Wracając do Villa de Leyva - miasteczko to jest bardzo ładne. Każda uliczka wyłożona jest kamieniami, przeważają białe kamieniczki, utrzymane w bardzo dobrym stanie, a dookoła nas, nad budynkami rozpościerają się przepiękne góry. Postanowiliśmy się nawet na jedną z nich wspiąć - do tarasu widokowego Arcoiris. Droga była bardzo męcząca, w międzyczasie złapał nas deszcz (a to nas troszkę zaskoczyło, bo w odróżnieniu od Bogoty i Tunja, gdzie w sumie nie padało, tu miał być suchy klimat....), ale w końcu się udało:) Widok faktycznie robił wrażenie. Miały być jeszcze dwa wodospady, ale niestety właśnie z powodu małych opadów, były wyschnięte.... Resztę dnia spędziliśmy na spacerowaniu i podziwianiu miasteczka. Na obiad zatrzymaliśmy się w kolumbijskim a la barze mlecznym i skorzystaliśmy z oferty "menu del dia", które zawierało typowe dla regionu: zupę, drugie danie, sałatkę, deser i oczywiście sok ze świeżo wyciskanej papai (7000 COP za osobę - czyli 2 obiady w cenie poprzednio jedzonego jednego). Teraz siedzimy w przyjemnej knajpce, pijąc aromatico - tj owoce z puszki zagrzane w wodzie, z miętą (pycha:)). Do tego zamówiliśmy regionalne ciacho - mantecada, zrobione z mąki kukurydzianej (trochę przypomina muffinki). Zapomniałabym napisać, że dziś spotkaliśmy pierwszych Polaków:) Okazuję się, że przyjechali zorganizowaną grupą na.... szkolenie dentystyczne:) Jutro mamy w planie kolejny dzień w Villa de Leyva i zwiedzanie okolicznych atrakcji, o których napiszemy:)

niedziela, 2 września 2012

Kolumbia - Tunja 2.09.12

Dzisiaj w końcu udało nam się spróbować przy okazji śniadania herbaty z liści Koki:) Jednak wbrew temu co piszą w przewodnikach, nie jest to takie proste i powszechne...Smak trudno opisać - najprościej to ziołowy. Ogólnie smaczna, ale nie jest się po niej na haju - gdyby ktoś miał takie skojarzenie:P Po posiłku udaliśmy się w poszukiwaniu autobusu, którym moglibyśmy dojechać do głównej stacji autobusowej. Na szczęście organizator wycieczki (Kacper:)) jak zwykle się spisał i udało się wsiąść do lekko zdezelowanego autobusu z szalonym kierowcą na czele i dojechać do celu. Za bilet okazuje się, że jest jedna cena bez względu na dystans - 1500 COP (czyli ok 3 zł za osobę). Przed dworcem udało mi się kupić świeżo przy nas wyciskany sok z pomarańczy (pycha...:)) i szybkim marszem udaliśmy się do kas biletowych. Kupiliśmy bilet (19000 COP/osobę, czyli ok 40 zł)i biegiem dotarliśmy do autokaru, który właśnie odjeżdżał:) Autokar dosyć komfortowy, muzyka kolumbijska towarzyszyła nam całą drogę, kierowca dostarczał adrenaliny, a zabawne naganianie ludzi do środka i przystanki w dziwnych miejscach i co chwilę pozytywnie nas nastrajały:) W końcu dotarliśmy do Tunja i tu znowu spotkaliśmy się z niesamowitą uprzejmością kolumbijską... Jedna z właścicielek hotelu, w którym nie było miejsc (pozostałe w pobliżu były za drogie albo nie miały dostępu do wi-fi), zaproponowała nam pomoc w znalezieniu noclegu, żebyśmy nie musieli na daremne chodzić z plecakami. Zadzwoniła do hotelu, który zainteresował Kacpra w przewodniku, dowiedziała się wszystkiego i jeszcze nas do niego zaprowadziła. Hotel jest położony przy samym głównym placu, płacimy prawie połowę ceny pozostałych (40000 COP za dobę) i mamy dostęp do internetu, także rewelacja:) Po zameldowaniu się udaliśmy się w poszukiwaniu obiadu. Odwiedziliśmy poleconą, pełną kolumbijskich klientów knajpkę El Maizal(akurat trafiliśmy na festiwal kultury, więc całe miasteczko tętni życiem i ma wielu Kolumbijskich turystów) i zjedliśmy prawdziwy kolumbijski obiad:) Kacper zaszalał i zjadł.... język (chyba wołowy, ale pewności nie ma) w warzywach, z ziemniakami opiekanymi, smażonym bananem i ryżem, ja zaś ostrożnie pozostałam przy kurczaku grillowanym zamiast języka i reszta podobnie. Obiadek popiliśmy świeżutką lemoniadą z mięty i limonki - rewelacja:)
Resztę dnia poświęciliśmy na zwiedzanie malowniczej Tunja (położonej 2800 m n.p.m) i jej licznych 16-to wiecznych zabytków. Niestety do najstarszego kościoła nie udało nam się wejść, bo był zamknięty, ale pozostałe miejsca zgodnie z planem odwiedziliśmy.
Tunja jest jeśli chodzi o klimat, bardzo zbliżona do Bogoty, także pogoda bardzo się zmienia, ale nie padało i dopóki słońce nie zaczęło zachodzić było pięknie i w miarę cieplutko (tzn dla nas 20 - 21 stopni jest w miarę ok, natomiast Kolumbijczycy chodzą w czapkach, rękawiczkach, kozakach i zimowych kurtkach, a zwierzęta ubierają w kubraczki i buciki....).
Jak zaczęło się ochładzać, od czasu do czasu grzaliśmy się w sympatycznych kawiarenkach lokalnymi trunkami. I tak o to piliśmy przepyszne canelazo (podawany na ciepło napój na bazie aquardiente, cynamonu, z małym dodatkiem kawy i miodu). Z innych ciekawych napojów piliśmy aguapanela (napój na bazie trzciny cukrowej gotowanej w wodzie z dodatkiem czekolady, podawane z serem)
oraz michelada (piwo z limonką, podawane w kuflu z solą na brzegach). Jutro mamy w planie przetransportować się do Villa de Leyva:)
A tak a propos to kolumbijskie komórki są dość dziwne... Kupiliśmy starter operatora Claro, w celu skorzystania z tańszych połączeń do Polski (Cena za minutę to 1800 C0P). Dzwonienie jest dość skomplikowane, bowiem przed kodem kraju trzeba podać tzw. kod operatora. Zatem numer wygląda tak 0044448. Niestety sposób ten nie działa w przypadku wysyłania smsów. Ciągle nie udało nam się rozszyfrować jak wysłać SMS z numeru kolumbijskiego na numer polski....

sobota, 1 września 2012

Kolumbia - Bogota 1.09.12

Pierwszy dzień zwiedzania za nami:) Ale od początku.... Zmiana czasu niestety dała się nam we znaki. Nie mogliśmy spać zbyt długo, więc od siódmej (a w zasadzie od 3 ciągle się budziliśmy) rozpoczęliśmy zwiedzanie okolicy. Bogota bardzo się nam spodobała, w odróżnieniu od pozostałych stolic, które w ostatnim czasie odwiedziliśmy i troszkę nas rozczarowały (mam na myśli Hawanę i Kolombo). Malownicze uliczki, przyjaźnie nastawieni ludzie. Nawet pogoda nam dopisała, a tego obawialiśmy się najbardziej.
Poranek rozpoczęliśmy od zjedzenie regionalnego arepas, potem śniadanie i wyruszyliśmy w kierunku Cerro de Monserrate. Jest to kościół znajdujący się na wysokości 3100m nad poziomem morza (sama Bogota znajduje się 2600 m n.p.m).
Wybraliśmy wygodniejszą opcję - na górę wjechaliśmy kolejką, w dół zeszliśmy pieszo. Miejsce jest zjawiskowe - niesamowite widoki na całą Bogotę. Jest tam także bardzo przyjemny bazarek , na którym mieliśmy okazję pić canelazo (lokalny drink z aquardiente) i niestety nie spróbowaliśmy herbaty z koki, bo przeliczyliśmy się, myśląc, że na dole będzie równie łatwo dostępna...Schodząc, spotkaliśmy wiele osób m.in. uprawiającymi jogging pod górę (to było dla nas szaleństwo) i .... 3 osoby wchodzące pod tę ogromną górę na szczudłach. Chcieliśmy zrobić im zdjęcie, na co bardzo ochoczo zareagowali.
Ogólnie ludzie sami chcą, żeby im robić zdjęcia i nawet nic w zamian nie chcą... Są tak mili, że bardzo uważają, żeby nie wejść w kadr, nawet do tego stopnia, że jeden z kierowców Busa zatrzymał się na środku ulicy, żeby nie wjechać Kacprowi w kadr... U podnóży Cerro de Monserrate odwiedziliśmy Quinta de Bolivar - dawne mieszkanie słynnego tutaj Bolivara. Potem udaliśmy się w kierunku miejsca, w którym wg niektórych zaczęła się Bogota - Plazoleta del Chorro de Quevedo (w sumie nic szczególnego). Potem odwiedziliśmy Museo de Botero z dziełami Botero, które zresztą, bardzo nas rozbawiły:) Następnie zwiedziliśmy Plaza de Bolivar - ogromny plac ku czci Bolivara z jego statuetką z brązu, otoczony Palacio de Justicia, Capitolio Nacional, Catedral Primada. Na środku placu było mnóstwo ludzi, gołębi i naciągaczy oraz lam pozujących do zdjęć. Nam się udało zrobić zdjęcie z przydrożną lamą, zanim dowiedzieliśmy się o tym, jaka to jest atrakcja turystyczna. Wracając do zwiedzania - odwiedziliśmy znaną tutaj kawiarnię, która jest mniej więcej odpowiednikiem Starbucksa, potem muzeum złota (Museo del Oro) i w końcu dotarliśmy do Mirador - najwyższy wieżowiec w Bogocie, gdzie z 46 piętra podziwialiśmy ponownie Bogotę. Na kolację Kacper zjadł tradycyjne kolumbijskie danie ajiaco bogotano ale ja nie byłam tak odważna i skusiłam się tylko na spaghetti z kurczakiem i pieczarkami.
Ogólne wrażenia bardzo pozytywne, miasto malownicze, ludzie mili, na każdym kroku policja z psami i żołnierze, ceny praktycznie takie jak w Polsce, więc dla przeciętnego Europejczyka tanio - dla nas tak normalnie.

piątek, 31 sierpnia 2012

Kolumbia - Wreszcie w Bogocie:) 31.08.12

Po wielu godzinach podróży w końcu dotarliśmy do celu:) Niesamowite było to, że goniąc słońce, ciągle od 4 rano w Berlinie do 18:30 w Bogocie (ok 7 godzin przesunięcia czasowego, czyli ok 21h) ciągle mieliśmy dzień... A propos podróży - linie lotnicze Iberia troszkę nas zaskoczyły - nie było telewizorków na trasie Madryt - Bogota, więc myśleliśmy, że będzie bardzo ciężko jakoś przeżyć te ponad 11h lotu, ale nie było tak źle (jak to Kacper określił - za tę cenę, nie możemy wybrzydzać:P) W końcowym efekcie wylądowaliśmy szczęśliwie, przeszliśmy przez wszystkie punkty kontrolne na lotnisku, wymieniliśmy część pieniędzy i przy okazji poznaliśmy pewnego wyluzowanego Niemca, który okazało się, że zmierzał do tego samego hostelu co my. Wspólnie wzięliśmy taksówkę i udaliśmy się z taksówkarzem w poszukiwaniu Hostelu Sue. Nie było łatwo, ale w końcu się udało. Wracając do Niemca - chłopak właśnie zakończył jedną pracę i w ramach przerwy rozpoczął 4 - 6 miesięczną podróż po Ameryce Południowej. Jest bardzo wyluzowany, bo w sumie o Kolumbii jeszcze za dużo nie czytał, hostelu też jak się okazało nie bookował, po hiszpańsku mówi kiepsko (ja z nim komunikowałam się po niemiecku), jedynie po angielsku jako tako:) Ogólnie to Niemców tu jest cała masa, bo i w naszym samolocie było ich sporo i w hostelu odnosi się wrażenie, jakby niemiecki był językiem narodowym.... Póki co zostajemy w hostelu, bo przestrogi w przewodniku radzą nie wychodzić po zmierzchu, a już jest mrocznie na ulicach. Jutro w planie mamy zwiedzanie Bogoty, ale gdzie dokładnie nas nogi zaniosą, napiszemy jutro:)