środa, 12 września 2012
Kolumbia - Tolu 12.09.12
Dzisiaj udało nam się wstać o 4:15, żeby zdążyć na autobus do Tolu. Tym samym wiemy już, o której wschodzi słońce - około 5:45:)Na dworzec przedostaliśmy się autobusem miejskim (droga trwała ok 45 min). W zasadzie nadal jest nam ciężko uwierzyć w to, że był to prawdziwy dworzec (raczej punkt przejezdny autobusów), bo takiego harmidru nie widzieliśmy na żadnym dotychczasowym dworcu, nawet w dużo mniejszych miejscowościach... Tak czy inaczej wsiedliśmy do autobusu, a raczej busa jadącego do Tolu. Niestety to nie był ten, którego pierwotnie chcieliśmy być pasażerami, ale oczywiście panowie sprzedający bilety nas przekonali i pojechaliśmy tym małym busikiem zamiast dużym autokarem (cena taka sama - 25000COP za osobę po stargowaniu). Już po 5 min tego żałowaliśmy, bowiem wtedy doszło do nas całe grono nowych pasażerów "stojących". Przy tutejszej jeździe kierowców było to masakryczne, a jednocześnie komiczne przeżycie. M.in. ja przez pewien czas miałam tyłek pani Kolumbijki na głowie, na ramieniu, Kacper na kolanach i tak sobie w tym trwaliśmy przez ok 1h.... W końcu się troszkę przeluźniło, ale szczęście nie trwało długo, ponieważ szalony pan kierowca oczywiście z dużą prędkością przejeżdżał przez wszystkie dziury i coś nagle urwał, tak że autokar usiadł na jednym boku...Wszyscy zatem musieliśmy wysiąść i w upale 30 - to kilku stopniowym na jakimś pustkowiu, w asyście 4 policjantów, którzy szybko się pojawili, musieliśmy czekać na naprawienie, a w końcu na przesiadkę do nowego autokaru ponad godzinę....
Oczywiście nie da się tego opisać, co w międzyczasie działo się przy autokarze i w jaki sposób go naprawiali... Szczęśliwie w końcu po ok 1,5h opóźnienia dotarliśmy do Tolu.
Jest to mała, bardzo gorąca nadmorska miejscowość. Na szczęście nie ma tu tłumów turystów, a tym samym naganiaczy, także można odpocząć. Zamiast tradycyjnych taksówek są tutaj rowery dostosowane do przewozu pasażerów:)
Niestety plaża też jest bardzo skąpa, ale za to woda bardziej przejrzysta niż w Cartagenie i tak samo ciepła:) Zakwaterowaliśmy się w Villa Babilla - jednym z hosteli z przewodnika, którego właścicielem jest Niemiec, który osiedlił się tutaj na stałe. Za dobę płacimy 50000COP. Pokój jest przestronny z poddaszem i łazienkom. Jest wi-fi, kuchnia, super patio z hamakami, kanapami, także można się dobrze zrelaksować:P Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu miejscowości, plażowaniu, zarezerwowaniu łódki, którą jutro będziemy zwiedzać pobliskie wyspy, jedzeniu kolacji i piciu soków:) Z nowości piliśmy sok z lokalnego owocu nispero - rewelacja:)
Jutro mamy w planie o 8 wypłynąć i poznać pobliskie wyspy. Na jednej z nich zanocujemy (jeśli się uda), także jutro nie będziemy mieli łączności z internetem. O wrażeniach napiszemy pojutrze:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
No to całkiem lokalny koloryt się pojawił. To też jest potrzebne.
OdpowiedzUsuń