poniedziałek, 3 września 2012

Kolumbia - Villa de Leyva 3.09.12

Już jest ciemno i chłodno, także postanowiliśmy się rozgrzać jakimś ciepłym trunkiem w przyjemnej kawiarence, a przy okazji okazało się, że wybrana przez nas ma dostęp do wi - fi, także czas na opisanie kolejnego dnia naszej wyprawy:) Poranek zaczęliśmy od prawdziwego, kolumbijskiego śniadania. Zamówiliśmy Tamal (6000 COP), ponieważ to znajdowało się na większości tubulczych stolików. Jest to "kokon" w liściach bananowca, którego środek zbudowany jest na bazie mąki kukurydzianej, fasoli, grochu i różnego rodzaju mięsa. Danie bardzo smaczne:)
Do tego zamówiliśmy jak się okazało jajecznicę i oczywiście gorącą czekoladę (czekolada + Tamal = tradycyjne połączenie:P) i sok ze świeżo wyciskanych owoców. Po tymże obfitym śniadaniu postanowiliśmy jeszcze raz podjąć próbę zwiedzenia Iglesia de Santa Clara La Real (to jest ten najstarszy kościół, o którym pisałam w poprzednim poście). Tym razem się udało, także radość ogarnęła mojego męża i po obejrzeniu wnętrza tego 16 - to wiecznego pięknego kościoła, usatysfakcjonowani mogliśmy opuścić Tunja:)Okazało się, że znów nam szczęście dopisało i udało się wsiąść do właśnie odjeżdżającego małego busika (6000 COP/osobę) w kierunku Villa de Leyva. Po około 45 min podróży dotarliśmy do tego pięknie położonego, zamrożonego w czasie miasteczka.
Okazało się, że znalezienie hotelu było troszkę trudniejsze niż ostatnio, gdyż zajęło nam to około 1h. Oczywiście powodem nie był brak miejsc, tylko bardzo wygórowane ceny (od 70000 do 160000 COP za pokój za dobę). Nam udało się w końcu znaleźć pokoik za 35000 COP, położony przy samym głównym placu, ale coś kosztem czegoś - nie mamy dostępu do Wi- fi (jednak jak widać, poradziliśmy sobie z tym problemem:P). Wracając do Villa de Leyva - miasteczko to jest bardzo ładne. Każda uliczka wyłożona jest kamieniami, przeważają białe kamieniczki, utrzymane w bardzo dobrym stanie, a dookoła nas, nad budynkami rozpościerają się przepiękne góry. Postanowiliśmy się nawet na jedną z nich wspiąć - do tarasu widokowego Arcoiris. Droga była bardzo męcząca, w międzyczasie złapał nas deszcz (a to nas troszkę zaskoczyło, bo w odróżnieniu od Bogoty i Tunja, gdzie w sumie nie padało, tu miał być suchy klimat....), ale w końcu się udało:) Widok faktycznie robił wrażenie. Miały być jeszcze dwa wodospady, ale niestety właśnie z powodu małych opadów, były wyschnięte.... Resztę dnia spędziliśmy na spacerowaniu i podziwianiu miasteczka. Na obiad zatrzymaliśmy się w kolumbijskim a la barze mlecznym i skorzystaliśmy z oferty "menu del dia", które zawierało typowe dla regionu: zupę, drugie danie, sałatkę, deser i oczywiście sok ze świeżo wyciskanej papai (7000 COP za osobę - czyli 2 obiady w cenie poprzednio jedzonego jednego). Teraz siedzimy w przyjemnej knajpce, pijąc aromatico - tj owoce z puszki zagrzane w wodzie, z miętą (pycha:)). Do tego zamówiliśmy regionalne ciacho - mantecada, zrobione z mąki kukurydzianej (trochę przypomina muffinki). Zapomniałabym napisać, że dziś spotkaliśmy pierwszych Polaków:) Okazuję się, że przyjechali zorganizowaną grupą na.... szkolenie dentystyczne:) Jutro mamy w planie kolejny dzień w Villa de Leyva i zwiedzanie okolicznych atrakcji, o których napiszemy:)

5 komentarzy:

  1. Widzę,że spokojnie zwiedzacie,to dobrze. A stomatolodzy szkolą się teraz wszędzie, bo odliczają sobie to w kosztach działalności. Moje koleżanki jadą w listopadzie na kurs językowy na Bali!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Super!! Szkoda, że tych pyszności nie możecie przywieźć do Polski albo jest na to sposób - zrobicie to sami :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam nadzieję, że w Polsce uraczysz nas takimi specjałami zrobionymi samodzielnie. Ale będzie wyżerka.
    pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń