poniedziałek, 24 września 2012

Kolumbia- podsumowanie

Oczywiście po powrocie dzień mija za dniem w tempie błyskawicznym, ale w końcu mam chwilkę, żeby podsumować nasz wyjazd. Kolumbia jest pięknym państwem, prezentującym się zupełnie inaczej niż w wyobrażeniu większości naszych rodaków. Narkotyki może są łatwiej dostępne (kilka razy mieliśmy propozycję kupna), ale nikt nie wkłada ich do kieszeni i do niczego nie zmusza. Bezpieczeństwo - nam zdrowy rozsądek i słuchanie dobry rad Kolumbijczyków pozwoliły uniknąć nieprzyjemnych doświadczeń. Ludzie są bardzo przyjaźnie nastawieni, pogodni, rodzinni i jeśli tylko mogą, pomagają. Pod względem komunikacyjnym Kolumbia jest bardzo łatwa do podróżowania. Praktycznie nie mieliśmy żadnych problemów z przemieszczaniem, a z taksówek skorzystaliśmy 4 razy, gdy nie było wyboru (wracaliśmy z lotniska w Bogocie w nocy i w Cartagenie z hotelu na plażę). Cenowo myślę, że jest porównywalna do Polski. My za dwie osoby wydaliśmy 10200zł (z czego 4500zł kosztowały bilety w obie strony) za 3 tygodnie pobytu. W sumie to najdroższy jest transport. Najpiękniejsze miejsce dla nas: Isla Mucura:) W wielkim skrócie to by było na tyle. Jeśli ktoś by miał jakieś pytania, chętnie w miarę możliwości odpowiemy. P.S.: Bagaż w końcu udało się odzyskać 24.09.12, chociaż musieliśmy sami po niego pojechać na lotnisko w Warszawie...

czwartek, 20 września 2012

Kolumbia - Bogota/Madryt/ Berlin 19-20.09.12

Ostatni dzień w Kolumbii za nami...Oczywiście musieliśmy go wykorzystać do samego końca i tym oto sposobem, o 7:30 wyjechaliśmy do Zipaquiry. Znajduje się tam jedna z trzech największych kopalni soli na świecie (poza nią są oczywiście nasza Wieliczka i jakaś kopalnia soli w Austrii). Kopalnia jest Katedrą Solną. Przewodnik oprowadził nas po wszystkich pięknie wykutych stacjach Drogi Krzyżowej, tłumacząc jednocześnie symbolikę. Głównym punktem wycieczki są trzy pomieszczenia symbolizujące chrzest Chrystusa, jego życie i ukrzyżowanie oraz zmartwychwstanie. Gra świateł w tej świątyni robi niesamowite wrażenie. Ponoć kilka razy w roku odbywają się tu śluby i chrzciny, a co niedzielę msze święte. Na sam koniec obejrzeliśmy trójwymiarowy film na temat kopalni soli i udaliśmy się w kierunku sklepu jubilerskiego. Muszę przyznać, że dobrze iż dotarliśmy tu na koniec, bo znaliśmy już ceny biżuterii ze szmaragdami, z których Kolumbia słynie i tym samym były one mniej więcej trzy razy niższe niż np w Cartagenie (oczywiście i tak były stosunkowo drogie, ale tańsze niż w Polsce i w zasięgu naszego portfela, jak to Kacper określił). Zostałam obdarowana jednym zestawem przez mojego męża i tym o to optymistycznym akcentem wróciliśmy do Bogoty, potem wyruszyliśmy z liniami lotniczymi Iberia w kierunku Madrytu i dalej Berlina. Oczywiście tradycji musiało stać się za dość i na moje nieszczęście w samolocie do Madrytu poczułam skutki zatrucia pokarmowego i nie muszę pisać, jak ciężko znosi się w tym stanie tak długą drogę.... Po dotarciu do Berlina okazało się, że nie koniec niespodzianek... Nasz bagaż nie dotarł i jak się okazuje - pozostał w Bogocie.... Możliwe, że został wyładowany, bo ponoć nasze 40 min opóźnienie wynikało z przeładowania i tym samym konieczności wyładowania części "ładunku" - tak określonego przez pilota... Także z 1/3 bagażu (mój plecak na szczęście był bagażem podręcznym) wracamy (w moim przypadku od 2 dni na czczo...) autokarem Simple Ekspress (zdecydowanie bardziej komfortowym niż samoloty Iberii) za 3 Euro za osobę. Po powrocie do Warszawy postaramy się napisać podsumowanie naszej podróży i wrażeń dotyczących Kolumbii. Tak czy inaczej, szkoda że wakacje tak szybko mijają...

wtorek, 18 września 2012

Kolumbia - Santa Marta/ Bogota 18.09.12

Ostatni dzień na Karaibach za nami...:( Mimo, że dziś postanowiliśmy zrobić sobie dzień leniucha, obudziliśmy się standardowo o 7. Zjedliśmy śniadanie i cały dzień przeznaczyliśmy na spacery, picie ogromnych ilości lemoniady z limonek, soków owocowych i zjedzeniu obiadu. Potem spakowaliśmy się i wyruszyliśmy w kierunku autobusu, którym dojechaliśmy po ok 45 min na lotnisko. To lotnisko jest dość specyficzne - znajduje się przy samej plaży, zresztą bardzo ładnej (załapaliśmy się na ostatni podczas tego wyjazdu piękny zachód słońca nad Morzem Karaibskim:))), nie ma tu żadnych tablic informacyjnych, kontrola osobista jest dopiero przy boarding'u. Także czekamy już na samolot i pewnie chwilę przed 22 będziemy już w Bogocie. Na szczęście mamy już nocleg, także potem już tylko taksówka i ostatnia noc w Kolumbii przed nami... A tak w ogóle to nasza miejscówka noclegowa San Jorge (Calle 10C No2-62) w Santa Marcie jest warta polecenia. To nie jest ani hotel ani hostel, tylko dom pewnej rodziny. Atmosfera przesympatyczna, gospodyni z niczym nie robi problemu. Chcieliśmy się wykwaterować o 17 (normalnie można o 14) - od razu się bez niczego zgodziła no i oczywiście cena 30000COP (najniższa z dotychczasowych) też nie jest bez znaczenia, także jeśli ktoś kiedyś dotrze do Santa Marty - POLECAMY:) Zapomniałabym dodać, że na odchodne chcieli nas dzisiaj okraść... Szliśmy sobie ulicą, Kacper niestety miał zajęte obie ręce, bo w jednej miał zakupy a w drugiej dopiero co kupioną lemoniadę i nagle powstało zamieszanie, tłum dookoła nas, ale na szczęście mój mąż szybko się zorientował i dał kilka szybkich kroków do tyłu, wymykając się złodziejce, której ręce tylko przez chwilę poczuł na swoich spodniach. Ogólnie tutaj trzeba uważać. Wszyscy normalni Kolumbijczycy nas ostrzegali o tym, gdzie można iść gdzie nie. Jak tylko się robiło ciemniej lub średnio bezpiecznie, mówili żeby chować aparat. Po tym zdarzeniu też od razu podeszła do nas pewna pani i powiedziała, że chcieli nas okraść i czy Kacper ma portfel. Także trzeba być bardzo czujnym.

poniedziałek, 17 września 2012

Kolumbia - Parque Tayrona/ Santa Marta 16-17.09.12

Ponownie mamy kontakt z cywilizacją, także czas na krótką relację z naszej dwudniowej wycieczki po Parku Tayrona. Wczoraj z rana ok 8:30 wyruszyliśmy busikiem z Santa Marta w kierunku naszego celu (koszt 5000COP za osobę). Droga zajęła nam ok 1h. Po zakupieniu biletów (niestety zapomnieliśmy mojej legitymacji studenckiej i tym samym wyszło nam sporo więcej) przesiedliśmy się w inny busik i podjechaliśmy jeszcze troszkę, po czym rozpoczęliśmy nasz spacer, połączony z trekingiem po parku. Rzeczywiście fauna i flora robią wrażenie. Docieraliśmy do celu w towarzystwie wielkich, czerwonych mrówek, spacerujących pasmami, jedna za drugą i noszących malutkie liście akacji. Dookoła nas śpiewały kolorowe ptaszki, przed nogami przebiegały przeróżne, kolorowe jaszczurki, a nad głowami przelatywały małe i duże motyle. Warto też wspomnieć o niebieskawo - pomarańczowych lądowych krabach i kolorowych żabach.
Spacer, połączony ze wspinaczką zajął nam ok 1,5h zanim troszkę zmęczeni dotarliśmy na plażę El Cabo San Juan. Całe wybrzeże, które udało nam się zobaczyć w Parku Tayrona robi wrażenie. Ładna plaża, silne fale, w przyjemnie chłodnej (chłodniejszej niż dotychczas) wodzie i wszędobylskie kraby. Niestety, tak jak na jedno z najpopularniejszych miejsc w Kolumbii przystało - jest tu mnóstwo turystów. Pewnie to sprawiło, że jednak dla nas nadal najpiękniejsza pozostaje mała wyspa Mucura. Noc spędziliśmy w hamakach, przykryci moskitierami (niestety nie było szans dostać hamaków w Miradorze - domku na skale przy zatoce), także było ciekawie:)
Dzisiejszy dzień z kolei rozpoczęliśmy od trekingu w kierunku El Pueblito. Muszę przyznać, że dla samej wspinaczki warto iść, bo cel nie robi wrażenia. Zabraliśmy oczywiście za mało napojów, ale tym razem uśmiechnęło się do nas szczęście i na górze spotkaliśmy dwoje małych dzieci, które sprzedawały napoje... To było coś niesamowitego, bo my ledwo żyliśmy, a one nie dość, że całą drogę taszczyły skrzynki z napojami, to na dodatek nie wyglądały na zmęczone i jeszcze na górze grały w piłkę:) Po tej męczącej wędrówce wzięliśmy półgodzinną, orzeźwiającą kąpiel w morzu i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Oboje stwierdziliśmy, że nie pamiętamy, kiedy i czy w ogóle byliśmy aż tak zmęczeni i odwodnieni...
Tak czy inaczej wróciliśmy do Santa Marty, wlewaliśmy w siebie hektolitry płynów (głównie zimną lemoniadę z limonek) i wreszcie zjedliśmy porządny obiad. Jutro ostatni dzień w ciepłym klimacie i wieczorem ok 20 wylatujemy w kierunku Bogoty...

sobota, 15 września 2012

Kolumbia - Santa Marta 15.09.12

Dzisiaj niestety nie mam za dużo do opisania... Cały dzień przeznaczyliśmy na transport z Tolu do Santa Marty. W trakcie drogi mieliśmy niespodziankę. Nagle nasz autobus zatrzymała policja. Kazała wysiąść wszystkim kobietą... Szczerze mówiąc to troszkę zaczęliśmy się niepokoić, ponieważ nie wiedzieliśmy o co chodzi. Jak wychodziłyśmy, robili nam zdjęcia, po czym zaprowadzili w jedno miejsce, kazali usiąść i okazało się... że dziś jest kolumbijski dzień przyjaźni i zakochanych... Każda z nas dostała po dużej, czerwonej róży, przy okazji miałyśmy króciutką pogadankę na temat bezpieczeństwa podróży i tym optymistycznym akcentem pożegnaliśmy się i wyruszyłyśmy w dalszą drogę. W Santa Marcie zamieszkaliśmy w Residencia San Jorge (to było 5 miejsce, do którego weszliśmy i w końcu były wolne pokoje). Potem udaliśmy się na romantyczną kolację do przyjemnej knajpki, obeszliśmy okolicę i w ciągu godziny zapadł zmrok. Niestety potwierdziło się to, że Santa Marta to nie najpiękniejsze miejsce na świecie nocą. Jest tu więcej prostytutek niż w Cartagenie. Sporo żebraków i ogólnie jest średnio przyjemnie, także pozostaliśmy przy piwku w pokoju:) Jutro mamy w planie wybrać się do słynnego Parku Tayrona, a tym samym planujemy pozostać na ponoć jednej z 10 najpiękniejszych plaż na świecie, także jeśli nam się uda to napiszemy dopiero za 2 dni, bo znów będziemy odcięci od cywilizacji.

piątek, 14 września 2012

Kolumbia - Tolu/ Mucura 13- 14.09.12

Znów mamy kontakt ze światem, także najwyższy czas na opisanie naszych ostatnich dwóch dni:) Wczoraj z samego rana wyruszyliśmy w kierunku wysp San Bernardo. Muszę przyznać, że było warto, choć cenowo niestety wyszło drożej niż przypuszczaliśmy, a na dodatek zostaliśmy oszukani, ale o tym potem. Na łódce płynęła z nami grupka studentów z Medellin - bardzo sympatyczni i komunikatywni ludzie, także z nimi plażowaliśmy i rozmawialiśmy większą część drogi (nawet po angielsku mogłam porozmawiać, co tutaj jest rzadkością). Pierwszym punktem wycieczki była mała wysepka Isla Palma z akwarium, z którego zrezygnowaliśmy, ale za to Kacper snurkował. Potem miała być Islote - najbardziej zaludniona wysepka, ale właśnie tu nas oszukano, bo mimo wcześniejszych zapewnień, nie pozwolono nam wejść na ląd, a za to ponoć też płaciliśmy...
Kolejnym punktem była Mucura - wyspa, na której postanowiliśmy pozostać jeden dzień. Jest to bardzo malownicze miejsce. Bialutki piasek, przejrzysta, turkusowa woda, żółto - zielone palmy i oczywiście duuuużo słońca.
W sumie najfajniej zaczęło się dziać, jak reszta grupy odjechała, a my pozostaliśmy jedynymi turystami wśród tubylców. I tu kilka zdań na temat malutkiej wioski rybackiej, czyli mieszkańców wysepki (położonej jakieś 10 min od turystycznej plaży). W sumie jest ich około 300 osób. Głównie ludzie młodzi i malutkie dzieci. Ponoć starsi powymierali, ale nie udało nam się ustalić ile średnio żyją. Ogólnie jest to zupełnie inny świat.
My zanocowaliśmy w malowniczym, malutkim domku na palach, położonym nad samiutkim morzem, także usypialiśmy przy dźwięku fal i w towarzystwie malutkich jaszczurek, a rano odwiedził nas wielki ptak. Stołowaliśmy się u jednej z żon rybaków, ponieważ pani u której nocowaliśmy (cena za noc 40000COP po negocjacjach z 600000COP), chciała na nas chyba zbić majątek w jeden dzień i troszkę poszalała z cenami...
Tak czy inaczej dobrze się stało, bo zaprzyjaźniliśmy się z naszą kucharką, jej mężem, spędziliśmy z nimi przemiły wieczór, podczas którego dowiedzieliśmy się więcej na temat ich życia. Może zacznę od tego co do chwili obecnej wydaje mi się niesamowite, mianowicie Miluri miała 22 lata, kiedy przyjechała na tę wyspę, tak jak my - jako turystka. Poznała tutaj swojego obecnego partnera, zakochała się i postanowiła zostawić życie na lądzie i zamieszkać tutaj. Partnera, ponieważ mimo iż oni uważają się za katolików, chrzczą dzieci to wszystkie pary na wyspie są wolnymi związkami. Może jest to związane z tym, że nie ma tu kościoła i wzięcie ślubu jest bardziej skomplikowane...? Tak czy inaczej rodziny są dość duże. Miluri ma póki co 4 synów (obecnie ma 37 lat, a jej partner 32). Kobiety w 90% rodzą na wyspie, z dala od szpitala i cywilizacji... Na 15 dni przed wyznaczonym terminem porodu udają się na ląd do lekarza, po to żeby dowiedzieć się czy mogą rodzić naturalnie... Jakże to odbiega od naszej rzeczywistości? Ku mojemu zdziwieniu ponoć praktycznie kobiety nie umierają przy porodach, także ten ich system funkcjonuje chyba nie najgorzej.... W wiosce jest jeden sklep, który zaopatruje wszystkich mieszkańców i jeden generator(na benzynę) na sektor, który wykorzystywany jest do oświetlenia i telewizora. Kiedy zapada zmrok, włączane są głównie telenowele (sami byliśmy tego świadkami) i większość wsi zasiada przed jednym telewizorem, wspólnie oglądając. Na wyspie znajduje się szkoła, która kształci dzieci od 5 do 13 roku życia z jednym profesorem od wszystkiego na czele. Dzieci bawią się razem, opiekują się sobą na wzajem, od 2 roku życia umieją już pływać, a np 5 letni synek naszych znajomych już łowi ryby... Ludzie są ze sobą bardzo zżyci i pomagają sobie wzajemnie, np jedna z mam, będąca w ciąży, ma komplikacje i musiała zostać na lądzie w szpitalu. Jej dziećmi zajmują się pozostałe kobiety z wioski.
Mężczyźni zajmują się głównie połowem ryb, owoców morza i z tego żyją. Efekt połowu ślimaków wygląda tak:
Dowiedzieliśmy się, że malutka łódka, którą z resztą mąż Miluri nas zawiózł na Santa Crus de Islotę, dziennie może przywieżć około 300 kg ryb( w ciągu jednego połowu).
Mieszkańcy jednak nie są zupełnie odcięci od świata. W wiosce jedna kobieta ma telefon komórkowy (są 2 miejsca na wyspie z minimalnym zasięgiem) i sprzedaje minuty pozostałym. Co do Isloty (powierzchnia 0, 012 km^2, populacja:1200 osób) - jest to tak jak już wspomniałam, chyba najbardziej zaludniona wyspa. Praktycznie każdy metr wyspy jest przeznaczony na budynek. Przy morzu mają małe akwaria z langustami i rybami. Dzięki uprzejmości jednego z rybaków miałam możliwość trzymania w rękach jednej z żywych langost.
Także dzień minął nam na rozmowach, próbie zerwania kokosa (niestety zakończonej fiaskiem), piciu soku kokosowego, plażowaniu i poznawaniu wyspy. Około 14, po zjedzonym wcześniej przepysznym obiedzie (langusty i ryby Cojinua, ryżem kokosowym i surówką) wróciliśmy łódką turystyczną do Tolu. Zazwyczaj udaje się wrócić tańszym kosztem z rybakami, ale niestety my mieliśmy pecha, bo rybacy płyną do Tolu dopiero jutro, a my jutro wyruszamy już w kierunku Santa Marty....

środa, 12 września 2012

Kolumbia - Tolu 12.09.12

Dzisiaj udało nam się wstać o 4:15, żeby zdążyć na autobus do Tolu. Tym samym wiemy już, o której wschodzi słońce - około 5:45:)Na dworzec przedostaliśmy się autobusem miejskim (droga trwała ok 45 min). W zasadzie nadal jest nam ciężko uwierzyć w to, że był to prawdziwy dworzec (raczej punkt przejezdny autobusów), bo takiego harmidru nie widzieliśmy na żadnym dotychczasowym dworcu, nawet w dużo mniejszych miejscowościach... Tak czy inaczej wsiedliśmy do autobusu, a raczej busa jadącego do Tolu. Niestety to nie był ten, którego pierwotnie chcieliśmy być pasażerami, ale oczywiście panowie sprzedający bilety nas przekonali i pojechaliśmy tym małym busikiem zamiast dużym autokarem (cena taka sama - 25000COP za osobę po stargowaniu). Już po 5 min tego żałowaliśmy, bowiem wtedy doszło do nas całe grono nowych pasażerów "stojących". Przy tutejszej jeździe kierowców było to masakryczne, a jednocześnie komiczne przeżycie. M.in. ja przez pewien czas miałam tyłek pani Kolumbijki na głowie, na ramieniu, Kacper na kolanach i tak sobie w tym trwaliśmy przez ok 1h.... W końcu się troszkę przeluźniło, ale szczęście nie trwało długo, ponieważ szalony pan kierowca oczywiście z dużą prędkością przejeżdżał przez wszystkie dziury i coś nagle urwał, tak że autokar usiadł na jednym boku...Wszyscy zatem musieliśmy wysiąść i w upale 30 - to kilku stopniowym na jakimś pustkowiu, w asyście 4 policjantów, którzy szybko się pojawili, musieliśmy czekać na naprawienie, a w końcu na przesiadkę do nowego autokaru ponad godzinę....
Oczywiście nie da się tego opisać, co w międzyczasie działo się przy autokarze i w jaki sposób go naprawiali... Szczęśliwie w końcu po ok 1,5h opóźnienia dotarliśmy do Tolu. Jest to mała, bardzo gorąca nadmorska miejscowość. Na szczęście nie ma tu tłumów turystów, a tym samym naganiaczy, także można odpocząć. Zamiast tradycyjnych taksówek są tutaj rowery dostosowane do przewozu pasażerów:)
Niestety plaża też jest bardzo skąpa, ale za to woda bardziej przejrzysta niż w Cartagenie i tak samo ciepła:) Zakwaterowaliśmy się w Villa Babilla - jednym z hosteli z przewodnika, którego właścicielem jest Niemiec, który osiedlił się tutaj na stałe. Za dobę płacimy 50000COP. Pokój jest przestronny z poddaszem i łazienkom. Jest wi-fi, kuchnia, super patio z hamakami, kanapami, także można się dobrze zrelaksować:P Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu miejscowości, plażowaniu, zarezerwowaniu łódki, którą jutro będziemy zwiedzać pobliskie wyspy, jedzeniu kolacji i piciu soków:) Z nowości piliśmy sok z lokalnego owocu nispero - rewelacja:)
Jutro mamy w planie o 8 wypłynąć i poznać pobliskie wyspy. Na jednej z nich zanocujemy (jeśli się uda), także jutro nie będziemy mieli łączności z internetem. O wrażeniach napiszemy pojutrze:)